Portal cpb.pl używa cookies. Korzystając ze strony, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki, wyrażasz na to zgodę.

Z mec. Jackiem Ambroziakiem, szefem Urzędu Rady Ministrów i jednym z założycieli i pierwszym prezesem zarządu Bankowej Spółki Prawniczej, rozmawia Stanisław Brzeg-Wieluński

Powstanie Bankowej Spółki Prawniczej sp. z o.o. było reakcją na gwałtowne zmiany w polskiej gospodarce z początku lat 90. Czy sądzi Pan, że powstała w odpowiednim momencie, czy może parę lat za późno?

– Myślę, że powstała w odpowiednim momencie, skoro wydarzyło się to zaledwie dwa lata po rozpoczęciu procesu transformacji ustrojowej. Inicjatywa w tej sprawie wyszła ze strony Związku Banków Polskich, czyli od Mariana Krzaka i Krzysztofa Pietraszkiewicza oraz mec. Andrzeja Jankowskiego. Chodziło im oto, aby zgromadzić w jednej spółce prawnych ekspertów, którzy na bieżąco będą wiedzieli, co się zmienia w polskim prawie gospodarczym. Zwrócili się w tej sprawie do prof. Andrzeja Biercia, który był wtedy sekretarzem Rady Legislacyjnej przy premierze (za rządów Tadeusza Mazowieckiego i Jana Krzysztofa Bieleckiego) oraz do mnie, gdyż wówczas byłem szefem Urzędu Rady Ministrów. A wszystko to działo się w okresie wprowadzania pakietu reform prof. Leszka Balcerowicza. Propozycje utworzenia prawnej spółki doradczej usłyszał także mec. Krzysztof Małecki. Wtedy pracował w URM jako dyrektor departamentu prawnego, a potem na prośbę prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego przeszedł do jego kancelarii, gdzie nadzorował problemy prawnej legislatury. Wszystkie te osoby były niejako obyte z tym, co się nieomal każdego dnia zmieniało w prawie gospodarczym. Pamiętajmy, że w 1992 r., gdy tworzyliśmy naszą spółkę, Związek Banków Polskich działał zaledwie od roku. Dlatego naszym podstawowym zadaniem, jako Bankowej Spółki Prawniczej, było wspomaganie ZBP pod względem opieki prawnej, a także pomaganie wszystkim bankom, aby wiedziały, jak się zachować w nowych warunkach rynkowych. W tym czasie powstało wiele małych lub średnich banków, ale wciąż obowiązywało już niepasujące do realiów rynkowych, prawo bankowe z roku 1989. Było tylko nieznacznie znowelizowane i nie we wszystkich aspektach dostosowane do nowych zjawisk w gospodarce. Dlatego pomysł na Bankową Spółkę Prawniczą uważaliśmy za racjonalny z uwagi na doświadczenia płynące z działania Sąd Polubownego. A ten, powołany przez ZBP, często rozstrzygał sprawy dotyczące konkurencji pomiędzy bankami oraz spory wynikające z niezrozumienia wielu przepisów i samego funkcjonowania mechanizmów gospodarki wolnorynkowej. Z tego powodu zaczęliśmy wydawać poradniki dotyczące np. bankowego postępowania ugodowego, które zamówiliśmy u prof. Feliksa Zedlera. Zwierały one praktyczne wskazówki, jak banki mają te procedury prawne stosować. W ten sposób banki dostały do ręki wręcz szkoleniowy materiał, z którego mogły korzystać w swoim praktycznym działaniu. To była swoista „instrukcja”, wykładnia do wyjaśnienia wszelkich wątpliwości, które my tłumaczyliśmy im na konkretnych przykładach.

Dlaczego w takim po paru latach udanego funkcjonowania zmieniona została struktura własnościowa i nazwa firmy?

– Powód był dość oczywisty: wszyscy jej założyciele byli czynnymi zawodowo adwokatami lub radcami prawnymi. A po kilku latach funkcjonowania spółki weszły przepisy, które prawnikom zakazywały być udziałowcami innych podmiotów gospodarczych (chyba że chodziło o ich własne spółki, np. kancelarie, notariaty etc.). Zgodnie z nowymi regulacjami prawnicy nie mogli też zakładać lub być udziałowcami w spółkach z kapitałem innych przedsiębiorstw. Ten przepis wszedł w życie na przełomie lat 1994 i 1995 i wtedy musieliśmy podjąć zgodne z prawem decyzję o zbyciu udziałów. I właśnie wówczas padł pomysł, aby ZBP nabył wszystkie udziały i by spółka kontynuowała działalność pod nową firmą, ale służąc tym samym celom: pomocy prawnej dla Związku i lobbowaniu w parlamencie optymalnych dla gospodarki rozwiązań, korzystnych także dla banków. Przede wszystkim chodziło o zapewnienie im dalszego, spokojnego rozwoju. Pamiętajmy o ogromnej roli ZBP, jaką odegrał on w roku 1997, gdy tworzono nowoczesne, dostosowane do realiów gospodarki prawo bankowe. W tej sprawie odbyło się w Sejmie wiele posiedzeń i zarówno Związek Banków Polskich, jak i nowa spółka prawna, czyli Centrum Prawa Bankowego i Informacji brały w nich aktywny udział. Chodziło głównie o zwrócenie uwagi posłów na znaczenie prawnych rozstrzygnięć dla dalszego funkcjonowania gospodarki. Te zmiany były i tak konieczne, ponieważ polski system bankowy musiał się dostosować do wymogów prawa europejskiego. Nie chcieliśmy, aby krajowy rynek bankowy był na zawsze tylko lokalny i na swój sposób działał wręcz chałupniczymi metodami.

Czy pamięta Pan pierwszy projekt prawny proponowany parlamentowi przez Bankową Spółkę Prawniczą?

– Dziś już tego nie pamiętam, ale nie miał charakteru tak fundamentalnego, jak później uchwalane w 1997 r. prawo bankowe. Z pewnością były to drobne, kosmetyczne zmiany prawa, odnoszące się jeszcze do przepisów uchwalonych w roku 1989 w reżymie prawnym starego prawa bankowego. Często wręcz pilnowaliśmy, aby nasze pomysły legislacyjne nie były zepsute przez samych posłów podczas prac w komisjach parlamentarnych. Zdarzało się, że interweniowaliśmy, domagając się zmian na bardzo wczesnym etapie prac legislacyjnych, np. w Narodowym Banku Polskim, gdzie urodziło się wiele udanych projektów. Gdy wiedzieliśmy, że się szykują jakieś zmiany prawa związane z bankami, wtedy z wyprzedzeniem rozmawialiśmy o nich w NBP lub w Ministerstwie Finansów. Później w Sejmie pilnowaliśmy, aby któremuś z posłów nie zaiskrzyły w głowie jakieś spontaniczne wizje zmian do naszych dopracowanych projektów.

Dziś z perspektywy 20 lat i faktu, że czarna propaganda PRL-u przedstawiała przez dziesięciolecia banki tylko w złym świetle, zdumiewa docenienie po roku 1989 sektora bankowego w gospodarce zarówno po stronie solidarnościowej, jak i sił starego porządku. Co Pan o tym sądzi?

– Najlepszym dowodem na docenianie roli banków w gospodarce była inicjatywa ze strony Mariana Krzaka powołania Związku Banków Polskich, co mnie będącego w rządzie bardzo ucieszyło. Choćby z uwagi na fakt, że wiedzieliśmy, że pod drugiej stronie negocjacyjnego stołu musi być dla nas jakiś poważny partner, który będzie reprezentować w rozmowach z rządem liczne małe i średnie banki. A ponieważ banki musiały stać się ważnym elementem gospodarki, chcieliśmy znać ich opinię. Banki duże, czy małe zawsze traktowały podobne do siebie instytucje finansowe jako rynkowych rywali. Dlatego wszyscy zaakceptowali fakt, że ze stroną rządową powinien negocjować tak niezależny partner, jak samorząd bankowy, czyli właśnie ZBP. Wtedy uznaliśmy, że jeżeli taki samorząd zwróci się do nas, aby wspólnie stworzyć prawną spółkę doradczą, będziemy chcieli im pomóc, wiedząc, jak pilnie jest potrzebna. Pamiętajmy, że wtedy prawo bankowe słabo pasowało do stanu gospodarki – wystarczy przypomnieć o fali bankructw firm z sektora finansowego. Dotyczyło to także małych banków, które z różnych przyczyn tworzyli ludzie niemający bankowego doświadczenia, za to liczący na szybki zysk. Dlatego wiele takich małych instytucji upadało. Dotyczyło to zwłaszcza banków spółdzielczych na samym początku procesu transformacji, bo im szczególnie trudno było dostosować się do rynkowych zmian. Ale pamiętajmy, że gdy powstała Bankowa Spółka Prawnicza, sytuacja z lekka zaczęła się poprawiać, a inflacja była już wtedy dwucyfrowa.

Czy spodziewał się Pan, że ten sektor polskiej gospodarki osiągnie taki sukces i tak doskonale da sobie radę podczas globalnego kryzysu w roku 2008?

– Po tym, co widziałem na początku lat 90., obecny dobry stan polskiego sektora finansowego nie jest dla mnie dużym zaskoczeniem. Gdy w tamtych pionierskich latach nastąpiło dość bolesne oczyszczenie rynku ze słabych podmiotów gospodarczych, które upadły, na placu boju pozostały tylko te silne, dostosowane do gospodarki rynkowej. Potem nastąpiła duża presja prywatyzacyjna na państwowe banki. To wywołało dwa zjawiska, które z historycznej perspektywy są zasługą banków, ZBP oraz oczywiście NBP. Z jednej strony dawne, państwowe banki zaczęły uczyć się od swoich nowych właścicieli – w większości zagranicznych – robienia nowoczesnego bankowego biznesu. Z drugiej strony, pod presją władz utworzono silny nadzór bankowy, który pilnował, aby wiele negatywnych zjawisk zawsze pozostawało pod kontrolą państwa. Różnie to było przyjmowane, zwłaszcza pomysł powstania Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Ale te wszystkie czynniki przyczyniły się do stabilności polskiego sektora bankowego. Polski nadzór od samego początku swego działania był bardzo skrupulatny. Czasami wręcz „wredny” dla banków, ale to postępowanie nauczyło banki dobrych praktyk, które im się bardzo przydały podczas światowego kryzysu. Dlatego w Polsce nie było spektakularnej fali bankructw, jak na Zachodzie. Co więcej od roku 2001 do dziś nie upadł w Polsce ani jeden duży bank! Dziś z powodu ich sukcesów możemy się obawiać, czy matki spółki nie zabiorą części kapitałów polskim bankom córkom pod pretekstem nowych wymogów kapitałowych i płynnościowych ze strony Unii Europejskiej. I właśnie w tym możemy upatrywać największego zagrożenia dla przyszłości polskiego sektora bankowego.

 

Prenumerata 2019
Projekt i wykonanie Mavtech Group